Wyszyłam swojego czasu cztery obrazki negatywowych kwiatków. Negatywowych - czyli tło zostało wyszyte krzyżykami, a kwiatki zostały białe, tylko z konturami.
Jak widać każdy jest w innym kolorze, oprawiony w drewnianą ramkę z passe-partout w kolorze odpowiadającym kwiatkowi. Zieleń pojawia się w tle każdego kwiatka.
Na pomarańczowo jest lilia (niezbyt mi się podoba, jeśli kiedyś będę robić jeszcze raz, będzie różowa).
Kolor żółty reprezentuje margerytka. Tu było trochę ciężko wycieniować te żółte. Ale chyba jakoś wyszło. Zielony za ciemny - ale chciałam, żeby był taki sam w całej czwórce.
Jedyny zimny kolor - niebieski - i powój. Sama nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię pnącza. Powój robiło mi się bardzo przyjemnie i efekt również jest jak należy.
I na koniec czerwona róża. Przed malowaniem wisiała w salonie, ale teraz nie można się doprosić mężczyzny o użycie wiertarki ;)
A
wtorek, 22 grudnia 2015
wtorek, 15 grudnia 2015
fartuch firmowy cz 1
Jeździmy dosyć często
na kiermasze i zamarzyły nam się fartuchy firmowe, które w dodatku
zmieniałyby się z kiermaszu na kiermasz. Fartuchy z założenia
miały być proste, z jasnego lnu i oczywiście haftowane. Na
przodzie fartucha córka wyhaftowała krzyżykami logo firmy:
ozostałą część każda
ma sobie zupełnie niezależnie ozdobić haftem, w którym
poszczególne elementy dodawane byłyby stopniowo do wzoru.
Dosyć długo nic się
nie działo, ale pewnego dnia wpadłam na pomysł, który mi się
dosyć spodobał.
Tytuł tego pomysłu
brzmi OSTOJA
Projekt powstał już
dosyć szybko i pierwsze ściegi pojawiły się pod koniec sierpnia:
Jak widać będzie to
cały krajobraz, z grubsza okonturowany, a wypełnienie będzie się
stopniowo pojawiać.
Za jeżykiem pojawił się
dzik trochę ukryty za złamanym pniem drzewa (to te wiatrołomy) a
jeszcze dalej zaczątki strumyczka wśród głazów:
tu już mniej więcej
widać całość, jest trochę zwierzątek, mają oczy i nosy drzewo
oczywiście będzie (również stopniowo) ulistnione. W zamyśle porą
ma być późna wiosna/lato.
Przez kamienie ciurka
sobie strumyk, lub raczej wątła strużka wody, kończąc się w
niewielkiej kałuży, a gdzieś tam pomiędzy głazami powinna
pojawić się nora;
Na drugim drzewie
wszystko obserwuje popielica
A z boczku kwitną sobie
kwiatki (powiedzmy że starzec leśny) i rosną poziomki:
Całkiem z brzegu
wcisnęłam jeszcze parzydło leśne:
tutaj pojedyncze kwiaty
są zrobione francuskimi supełkami, ale z „nóżką”, która
zastępuje słupki.
I gotowe parzydło:
Cały dół jest więc
wstępnie przygotowany. Naprawdę cały? A co z tą dziurą na samym
środku?
Aaaa… byłabym
zapomniała…
Tam będzie kieszonka,
którą najpierw trzeba wyhaftować już całkiem, bo po przyszyciu
byłoby to trochę niewygodne.
Tymczasem zajęłam się
górną częścią przodu (tą z logo firmy).
I wygląda to tak:
Rośnie tu kokoryczka i
konwalia, a po podłożu łażą sobie biegacz i (w przybliżeniu)
jelonek (a co będę sobie żałować!).
Dopiero teraz przyszedł
czas na kieszonkę. Po ściętym pniu sosny łazi sobie biedronka, a
do pnia przytuliła się kusząca malinka. Lisek nieufnie obwąchuje
grzybka, a inne grzybki rosną sobie na pieńku.
Po wypełnieniu
(częściowym, ale tak to już zostanie) pieniek wygląda tak:
I lisek w całej
okazałości…
sądzę, że na kiermasze
świąteczne to wystarczy. A po Świętach przyjdzie pora na
uzupełnianie reszty i może jeszcze jakieś dodatki…
Wesołych Świąt!
J.
PS. Tak mi się to wydało
niedokończone, więc trochę poprawiłam wypełnienie pieńka i
dorobiłam odrobinę zielonego (mech przy pniu oczywiście z
francuskich supełków). Teraz cała kieszonka wygląda tak:
A fartuch po doszyciu
kieszonki tak:
I w całej okazałości
na mnie. Tu podziwia mnie Kleryk, jeden z naszych kotków:
Do zobaczenia po
kiermaszu!
J.
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Obrus cz 4
Trochę powoli przybywa
tego obrusa, ale są już następne dwa kwiatki: lepnica i goździk
kartuzek. Równocześnie (bo trochę na siebie zachodzą) zaczęłam
przetacznika ożankowego, zwanego po łacinie Veronica chamaedrys
– dlatego w rodzinie nazywamy go krótko „Weroniką” – prawda
że ładniej?
Ale po kolei, na początek
lepnica – dużo odcieni, ale tak delikatnych, że na zdjęciu mogą
się zlewać.
Kwiatki w trzech
warstwach ściegu gałązkowego, bardzo delikatnie kremowe i białe,
zmieniłam nakładany na kielich kolor na jaśniejszy, a dodatkowo
zrobiłam go pojedynczą nitką, żeby było też widać, co jest pod
spodem.
Tu już całość
pierwszej gałązki
I gotowy kwiatek,
skromny, ale delikatny, obok rozpychającej się trochę nawłoci…
Jako trzeci w zestawie,
dla kontrastu kolorystycznego, goździk kartuzek, razem z weroniką:
Pierwsze listki:
I kwiatki:
Przy okazji odkryłam,
jak intuicyjnie haftuje się obiema rękami – prawą mam tutaj
stale pod spodem robótki, lewą na wierzchu. Kiedy dowiedziałam
się, że fachowe hafciarki w ten właśnie sposób haftują,
zarzekałam się, że nie opanuję tak trudnego sposobu działania.
Okazało się – wcale nie tak wiele czasu później, że na dużą
ilość materiału jest to naprawdę rewelacyjna metoda – nie
trzeba za każdym razem wyplątywać się za zwojów lnu. Owszem,
było trudno, bo naprawdę jestem osobą bardzo praworęczną
i wkłuwanie igły lewą ręką sprawiało mi trochę trudności,
usiłowałam sadzić dużo dłuższe ściegi niż zwykle. Dodatkowo
musiałam zamontować sobie oświetlenie na czole, żeby wszystkiego
sobie tą lewą ręką nie zasłaniać. Ale myślę, że z grubsza
wszystko zostało opanowane.
Kolejne etapy pracy nad
goździczkiem:
A tu już prawie gotowy,
z uzupełnionym środkiem:A tu już prawie gotowy,
z uzupełnionym środkiem:
i cały skończony, z
wycieniowanymi trochę listkami i dodatkowymi supełkami na płatkach:
Pora na kontynuację
weroniki:
Na razie same kontury
i coraz bardziej
rozgałęziona łodyżka:
cd jak zwykle nastąpi…
J.
środa, 18 listopada 2015
Zakładeczki
Zebrało mi się na nową serię
zakładek, ogólnie, jak to moje, przyrodniczych.
Już dawno przymierzałam się do nowej
edycji bocianów (wszystkie już poszły w świat…) i oto są:
Następne zakładki zostały
zainspirowane akcją „Cała Polska czyta dzieciom”. Jak widać
różne stworzenia też się w nią włączyły. A może czytają dla
siebie?
Tego pieska pokazywałam już
wcześniej, ale ponieważ należy do serii, więc tutaj jeszcze raz:
Dalej kilka sów. Sowy są ostatnio
modne, a niezależnie od tego dobrze pasują na zakładki. Sowa na
drzewie, większość wykonana ściegiem gałązkowym i sznureczkiem.
Jest trochę dzierganego i dwa francuskie supełki:
Sowa mocno zaspana, mówi: Dejcie
kafyju (dajcie kawy!)
I malutka, troszkę wystraszona sówka:
Do kolekcji doszedł wesoły wąż:
Królik marzyciel:
I łakomy jeż (zgodnie z powszechnie
panującym przesądem):
A także dwa małe ptaszki na
gałązkach:
Asortyment ściegów jak zwykle:
sznureczek, łańcuszek, gałązkowy, koryncki (listki), za igłą i
supełki francuskie tam, gdzie trzeba.
J.
piątek, 25 września 2015
Kiermasze, kiermasze… cz. 1
Dzisiaj będzie nietypowo, bo chcę
trochę napisać o ostatnich kiermaszach, a dokładniej o naszym
pobycie w różnych dziwnych miejscach.
Na początek: Prudnik – byłyśmy tam
przez trzy i pół dnia, od Bożego Ciała do niedzieli i oprócz
„kiermaszowania” skorzystałyśmy z okazji i zwiedziłyśmy
Prudnik.
To ładne miasteczko, w tym roku może
trochę więcej o nim słychać, bo w klasztorze na obrzeżach był
więziony kardynał Wyszyński zanim umieszczono Go w Komańczy. W
klasztorze można zwiedzać Jego celę, a cały rok odbywają się
różne imprezy związane z tym wydarzeniem (niedawno odbyła się
premiera nowego spektaklu teatru A z Gliwic, poświęcona Prymasowi
Tysiąclecia). Sam kościół i klasztor, jako że to franciszkanie –
malutki i ubogi, za to okolica piękna, a w sąsiedztwie wieża
widokowa, z bardzo ładnym widokiem na cały Prudnik i okolice.
A tu coś z bliskich okolic –
kokoryczkaDo wieży prowadzi „Aleja Wilka z Gubio” a na niej plansze ilustrujące tę dosyć znaną legendę:
W powrotnej drodze spotkały nas również piękne widoki:
a na zakończenie – przygotowanie stoiska na następny dzień i pospieszne obejrzenie co to jest u innych. Wiele stoisk było jeszcze nieczynnych, ale pyszniły się już malowane kapy:
Od piątku trwał normalnie kiermasz, mimo, że byłyśmy we dwie, nie było za wiele czasu – do muzeum w wieży bramnej poszłyśmy przed kiermaszem:
ale już oddział tekstylny musiałyśmy „zaliczać” po kolei. Niestety część głównej ekspozycji była niedostępna, za to tekstylia rzeczywiście warte były skupionej uwagi, szczególnie autentyczne projekty bielizny stołowej, jeszcze ręcznie wykonywane:
Niestety zdjęcia nie są najlepsze, głównie ze względu na nieszczęsne szyby, chroniące cenne eksponaty.
Tu przykład haftu jedwabiem, w stylu
chińskim, w ekspozycji poświęconej założycielom fabryki
Po drodze na kiermasz trzeba było
przechodzić przez centrum miasta, więc okazji do oglądania
zabytkowych budynków nie brakowało. Szkoda, że duża ich część
wymaga kapitalnego remontu, na który się jakoś nie zanosi…Ten domek (blisko rynku) był kiedyś biblioteką. Teraz wisi na nim kartka – do sprzedania… Gdybym miała parę groszy, chętnie bym go kupiła – jest naprawdę uroczy!
Po drodze spotkałam się też z innym arcydziełem – tym razem szydełkowym – w jednej z pasmanterii (b. dobra – udało mi się tam kupić polskie agrafki, które nie wyginają się od samego patrzenia ) na wystawie jest taki parawan, jak dowiedziałam się później, to osobiste dzieło właścicielki sklepu. Na zdjęciu może nie widać go zbyt dobrze (znowu te szyby…) ale stałam tam dłuższą chwilę podziwiając dzieło!
Piękny park w Prudniku, duży, mocno zarośnięty – wszędzie pełno cienia! – w centrum kopia zabytkowej rzeźby Diany Łowczyni (oryginał kilka lat temu ukradli, pewnie „złomiarze”..) i XIX-wieczna altana
W sobotę w ramach zwiedzania, również po kolei, zwiedziłyśmy słynną wieżę Woka, pieczołowicie wyremontowaną:
Można się tu napawać widokami okolicy z każdej strony wieży:
Na niedzielę po mszy w kościele Św. Marcina:
Został nam do dokładnego zwiedzania rynek, bardzo zadbany, a na nim szereg rzeźb: kolumna Matki Boskiej:
Św. Jan Nepomucen:
I fontanna z dwugłowym orłem cesarskim z czasów Habsburgów:
Na kiermaszu mało chodziłam po innych stoiskach, ale udało mi się trochę pooglądać występów:
Tu gość z Ukrainy z pięknym głosem (szkoda, że na zdjęciu nie słychać..)
Wybieramy się jeszcze za rok, jak zwykle w pierwszy weekend czerwca.
Niespodziewanie dostałyśmy
zaproszenie do Koszęcina na X już konkurs gastronomiczny. Jadła
było sporo, ludzi też (ciężko było się dopchać, więc pewnie
największe frykasy mnie ominęły), a na okrasę wysłuchaliśmy
kilkorga przedstawicieli zespołu „Śląsk”, był więc i deser
kulturalny, dobrej jakości. Park w Koszęcinie ładny, choć trochę
zaniedbany, za to pałacyk – siedziba zespołu, pięknie odnowiony
i wart zwiedzenia.
W lipcu byłyśmy na kiermaszach wyłącznie na Nikiszowcu, to bardzo miłe miejsce i zawsze ma interesującą i życzliwą publiczność. Tłum kłębi się przed kościołem Św. Anny:
I przed kawiarnią:
Centralna wieża kościoła, który jest wybudowany na planie krzyża, z kopułą na przecięciu ramion:
Zabytkowa kolejka przed zabudowaniami kopalni. Dowoziła do pracy górników i służyła też mieszkańcom osiedla:
Fragment ozdobnej części budynku osiedla:
Fragment ceramicznego modelu osiedla, model usytuowany jest obok kościoła
Nasze stoisko, na środku pysznią się wreszcie oprawione moje dwa ostatnie obrazki:
Zbliżenie na tablicę z zakładkami i kartkami, niestety opakowanie trochę zaciemnia wygląd:
W tym roku zaatakowały nas w pewnym momencie latające mrówki. Jak widać malutki samiec nie próżnuje i… robi swoje
Po kiermaszu – na sąsiednim stoisku zostały tylko „wystawowe” głowy
A tu moje „dzieła” z bliska, najbardziej dumna jestem oczywiście z obrazka „Góry”:
J.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































































